Kategorie
Amputacja

Osteoliza…

Osteoliza…

Dokładnie rok temu, 14 kwietnia 2021 roku koło 10 rano, gdy siedziałam na szpitalnym łóżku Wojskowego Instytutu Medycznego w Warszawie i czekałam na zabieg czyszczenia kości, który miał się odbyć koło 12, przyszedł do mnie jeden z moich lekarzy, z wydrukowanym zdjęciem rentgenowskim mojej stopy. 

Zaczął bardzo powoli, „Ola zrobiliśmy to zdjęcie i…”, „I chcecie ciąć”, „Tak”, „Rozumiem”. 

Osteoliza, gdy tłumaczył mi czym jest osteoliza, trochę się wyłączyłam, wiedziałam, że stawu skokowego nie ma, nie ma połączenia szkieletu ze stopą. 

Po chwili przyszedł doktor ordynator i od razu zaczął mi tłumaczyć, że to nie koniec świata. Dopiero wtedy, gdy poczułam, że ktoś mnie pociesza popłynęły mi łzy. Mówił dalej: Mamy XXI wiek i przecież nie będziesz mieć po amputacji pirackiej drewnianej nogi tylko konkretną, nowoczesną protezę. Wtedy chyba po raz pierwszy przez łzy parsknęłam śmiechem.

O amputacje pytałam lekarzy już parę lat wcześniej, miałam zwyczajnie dość – antybiotyków, braku apetytu, braku siły, bólu, który towarzyszył mi przez ostatnie parę lat – każdego dnia.

Doktor przedstawił inne opcje – można włożyć w nogę pręt, który połączy stopę z nogą, zapewnił, że nikt mnie do niczego nie zmusi i że daje mi czas na decyzje, mogę pojechać do domu i wrócić kiedy będę gotowa. Powiedział, że zorganizuje mi spotkanie z najlepszymi protetykami i że obowiązkowo muszę odbyć rozmowę lub kilka z kimś po ampu. Mam sama znaleźć osobę z którą porozmawiam albo on mi kogoś „załatwi”.

Pierwszą osobą do której napisałam była moja Paulinka. Nie pamiętałam ani słowa z tego czym jest osteoliza, a bardzo chciałam wiedzieć. Wyjaśniła, powiedziała co myśli i powtórzyła słowa ordynatora – „To musi być Twoja decyzja”. 

Zabieg oczyszczania kości i tak miałam tego dnia – zlikwidowano przetoki i lekarze mogli z grubsza przyjrzeć się z czym mają do czynienia.

Odrazu wiedziałam, że chcę, ale o tym napiszę Wam niebawem.

Kategorie
Kosmetyki Zdrowie&Uroda

O co chodzi z tym SLSem

O co chodzi z tym SLSem

Tym razem będzie o tym czego w kosmetykach lepiej unikać. Ciężko byłoby w jednym wpisie przyjrzeć się wszystkim substancjom, więc zaczniemy od sodium lauryl sulfate, czyli SLSów (oraz łagodniejszej wersji SLESów). Co to właściwie za substancja? Gdzie ją znajdziemy? Dlaczego ma tak złą sławę? Na to i kilka innych pytań postaram się odpowiedzieć. 

Definicja

Sodium lauryl sulfate – jest to detergent, który obniża napięcie powierzchniowe wody, co za tym idzie, sprawia, że kosmetyk lub środek czyszczący, którego używamy, mocno się pieni i rozpuszcza zanieczyszczenia pochodzenia lipidowego. Najprościej mówiąc im więcej piany i im szybciej schodzi tłuszcz, tym więcej SLSów w kosmetyku. 

 Co to dla nas oznacza?

Teoretycznie nic. Kilkuminutowy kontakt z substancją nie ma praktycznie wpływu na naszą skórę. Tylko czy nasz kontakt z SLS na pewno jest kilkuminutowy? Pasta do zębów, płyn do naczyń, sól do kąpieli, proszki do prania, płyny do podłogi, itp., itd. długo by wymieniać. Wszystkie te środki i kosmetyki prócz tego, że rozpuszczają brud i się pienią, rozpuszczają też nasz płaszcz lipidowy, naturalną ochronę, którą otrzymaliśmy od matki natury. Producenci często łączą je z kwasem benzoesowym, alkoholami czy solą co sprawia, że nasza skóra jest pozbawiona jakiejkolwiek naturalnej ochrony, o właściwym pH nie wspominając. 

Osobiście mam bezproblemową skórę, przez długi czas nie zwracałam uwagi na składy kosmetyków, WYDAWAŁO mi się, że lepiej być nie może. 😉 Gdy zauważyłam, że w niektórych miejscach jest ona podrażniona, przesuszona, czasem pojawiają się delikatne wypryski – łokcie, kolana, wewnętrzna strona rąk – interweniowałam, nie szukając źródła problemu. 

Wraz z kolagenem przyszła refleksja nt. tego jak traktuje własną skórę, przestawienie się na naturalne kosmetyki – również myjące. Przy skórze, jak moja niekiedy mogę sobie pozwolić na odpuszczenie balsamu do ciała – żel, którego używam, sprawia, że skóra jest przyjemna w dotyku, elastyczna, zdrowa, nawilżona, a ja czuję się w niej doskonale. Myślę, że poświęcę jeszcze przynajmniej jeden wpis na temat tego czego lepiej unikać, bo SLSy to tylko wierzchołek góry lodowej, a tymczasem zachęcam Was do przejrzenia składów kosmetyków w łazience i choćby miesięcznej przygody z tymi naturalnymi.

Kategorie
Przepisy

Polędwiczki w sosie z dodatkiem brzoskwiń

Polędwiczki w sosie z dodatkiem brzoskwiń

Składniki:

  • polędwiczka wieprzowa – 1 szt.
  • kasza bulgur- 1 woreczek
  • duża cebula – 1 szt.
  • rosół – 1 szklanka
  • brzoskwinie – 2 szt.
  • ocet balsamiczny – 2 łyżki
  • 3-4 gałązki posiekanego tymianku
  • sól i biały pieprz – do smaku
  • masło – 2 łyżki
  • olej – 2 łyżki
  1. Nagrzewamy piekarnik do 220 stopni wraz z naczyniem żaroodpornym w środku.
  2. Polędwice myjemy i w całości obsmażamy – na łyzce masła i oleju – z każdej strony. Dobrze, żeby się zarumieniła, następnie przekładamy do piekarnika (razem z masłem i olejem), pieczemy 15 minut.
  3. Na patelnię nakładamy olej, masło i cebulę.  
  4. Gdy cebulka zmięknie dodajemy pokrojone w drobną kostkę brzoskwinie, dwie łyżki octu balsamicznego, tymianek oraz rosół, gotujemy ok. 10 minut (brzoskwinie powinny się częściowo rozgotować).
  5. Polędwice kroimy w plastry i mieszamy z sosem. (można też polać rozłożone na talerzu mięso sosem)
  6. Na talerz nakładamy pół woreczka kaszy, po środku kładziemy sos z mięsem. Prosto i pysznie. 🙂

 Smacznego!